Grochowski szczerze o Kutnie: Śmiech przez łzy

Udostępnij:

Koszykarska I liga w Kutnie to już przeszłość. Gracze zostali pozostawieni samym sobie, a włodarze klubu nie mieli nawet odwagi powiedzieć wprost, że to koniec.

To nie pierwszy raz kiedy klub kończy swoją działalność w trakcie sezonu, ale sytuacja Polfarmeksu od początku była jednym wielkim znakiem zapytania. Nad klubem ciążyły jeszcze demony z czasów gry w PLK, a w kuluarach głośno mówiło się, że kasa świeci pustkami. Drużyna jednak została dopuszczona do rozgrywek, by wycofać z nich po 40 dniach…

Co na to wszystko zawodnicy, którzy zostali wystawieni do wiatru?

– Niezłe kino akcji jak to mówili w kultowym, polskim filmie. Dla mnie jest to zupełnie coś nowego, ale z rozmów z zawodnikami wiem, że takie rzeczy są na porządku dziennym chociażby w przypadku Jacka Jareckiego, który trzykrotnie był w takiej sytuacji – przyznaje były już rozgrywający zespołu, Grzegorz Grochowski.

– To jest ciężka sytuacja, bo trzeba w środku sezonu wywracać życie do góry nogami i wszystko zmieniać. Każdy z nas ma swoje rodziny, zobowiązania i nagle z dnia na dzień zostajemy bez pracy i środków do życia – dodaje.

Kto jest odpowiedzialny za cały ten bałagan w klubie?

– W tym momencie mogę śmiało operować nazwiskami. Ja przed sezonem kilkukrotnie rozmawiałem z panem Jackiem Sikorą – jedną z osób, która zarządzała klubem i za każdym razem padała ta sama obietnica – że sponsor jest na sto procent dogadany z klubem i mam się niczym nie martwić. Było zapewnienie, że wszystkie długi zostaną spłacone i mogę śmiało podpisywać kontrakt – otwarcie mówi były zawodnik Polfarmeksu.

Żeby było ciekawiej po podpisaniu kontraktów działacze unikali spotkań z zawodnikami. Zamiast tego słyszeli znaną koszykarską śpiewkę: „sponsor będzie lada dzień”. Niestety żaden sponsor nie zasilił klubowej kasy pieniędzmi i ktoś powiedział – dość. O klub tak naprawdę walczyli sami zawodnicy oraz trener Jarosław Krysiewicz z Krystianem Ślebockim, który nie był żadną osobą funkcyjną w drużynie i z czystej pasji walczył o dobro zespołu.

– Na jednym ze spotkań wewnątrz klubu poruszyłem temat, ale to już było praktycznie na sam koniec, bo wcześniej nikt z nami nawet na ten temat nie rozmawiał. Nie mieliśmy pojęcia jak to wszystko wygląda, a panowie, którzy są za to odpowiedzialni bali się przyjść i powiedzieć nam to prosto w oczy. My wszystkie informacje czerpaliśmy od trenera Jarosława Krysiewicza, który dodatkowo musiał wykonywać ich pracę oraz pana Krystiana Ślebockiego – naświetla sytuację Grochowski.

Grzegorz Grochowski miał już nienajlepsze doświadczenia związane z wypłacalnością Polfarmeksu. W latach 2014-2017 występował już w drużynie z Kutna i do tej pory nie odzyskał wszystkich pieniędzy. Działaczom zaufał jednak ponownie.

– Mogę otwarcie powiedzieć, że wyszedłem na frajera! Jestem osobą, która wierzy w dane słowo. Jeżeli ktoś mi coś obieca – to dla mnie słowo droższe od pieniędzy i cóż… Uwierzyłem panu Sikorze, z którym wcześniej nie miałem takiej styczności jak teraz i okazało się, że są to puste słowa. Zostałem okłamany i oszukany. Dodatkowo pan Sikora ma bardzo złą opinię wśród kutnowskiej społeczności i wzbudza negatywne emocje. Co mogę więcej powiedzieć – dałem ciała przed sezonem, bo uwierzyłem i tu przyszedłem i biorę to na klatę – mówi nam sam zainteresowany.

– My podpisując kontrakty w Kutnie mieliśmy wiedzę, że sponsor jest. Nie tylko mnie zapewniali o tym panowie Jacek Sikora i Mariusz Piątek. Być może faktycznie było tak, że ten sponsor był w klubie tylko wirtualnie i wzięto nas na przetrzymanie, ale zapewnienia były tak przekonujące, że naprawdę myśleliśmy, że jest coś na rzeczy – dodaje Grochowski.

Czy po takich ekscesach w zawodnikach gaśnie iskra do uprawiania tego sportu?

– Bardzo. Te emocje już trochę ze mnie zeszły, ale byli w zespole zawodnicy, którzy stawiają pierwsze kroki w dorosłym baskecie i dostają na dzień dobry takie coś. To jest dramat dla młodego gracza, bo traci się w wiarę w to co się robi. Dodatkowo raczej nie mamy już co liczyć na nasze pieniądze...

Były zapewniania, była nawet niezła gra na początku sezonu, ale skończyło się tragicznie. Klubu nie ma, a gracze zostali bezrobotni.

– Zrobiliśmy wyniki ponad stan, bo co chwilę ktoś łapał kontuzje. Ja osobiście odzyskałem radość z gry, nabrałem pewności siebie i co? I znów trzeba zaczynać wszystko od początku, a wiadomo, że znalezienie nowego klubu i ponowne wejście w sezon w innym systemie i rotacji nigdy nie jest łatwe – mówi popularny „Groszek”.

Co dalej?

– Po dwóch miesiącach znów trzeba spakować swoje rzeczy i zmieniać wszystko w swoim życiu. Gorzej niż w Kutnie być nie może. Ta organizacja nie miała w sobie zalążka profesjonalizmu, a najbardziej boli, że nikt nie miał odwagi stanąć przed nami i powiedzieć prosto w twarz co jest grane – dodaje z żalem 26-latek.

– Jedno jest pewne – chce znów grać! – kończy Grochowski.

Kategorie

@2019 - ZATRZY.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone.