Kamil Zywert: Wielkie rzeczy dopiero przed nami

Udostępnij:

Ma 23 lata i 3 mistrzowskie tytuły w PLK, które traktuje jako koszykarską przygodę. Obecnie Kamil Zywert celuje wysoko w I lidze wraz z drużyną Górnika.

Mateusz Zborowski: Kamil masz 23 lata, ale koszykarsko widziałeś już więcej niż nie jeden weteran. Tak naprawdę, to chyba dopiero teraz w I lidze procentuje to doświadczenie.

Kamil Zywert: Na pewno kontuzje wyhamowały mój rozwój. Doświadczenie nie jest jeszcze tak duże jakbym tego chciał, ale te dwa lata spędzone w Łańcucie pokazały mi specyfikę I ligi. Teraz już dobrze wiem czego się mogę po niej spodziewać i mam nadzieję, że będzie to procentować w barwach Górnika.

Trzy złote medale w PLK, ale bardziej rozpatrujesz to w kontekście doświadczenia czy przygody?

– Zdecydowanie przygoda, bo nie wiem czy ktokolwiek będzie za jakiś czas pamiętał, że byłem w zespole Stelmetu, który zdobywał mistrzowskie tytuły. To na pewno było też ogromne doświadczenie. Sama możliwość trenowania z najlepszymi zawodnikami w kraju i bycie częścią tego zespołu było sporym przeżyciem i bezcennym doświadczeniem – zwłaszcza, że przychodziłem do Zielonej Góry praktycznie jako dzieciak. Na pewno te medale nie smakowały tak jak ten z I ligi zdobyty z Sokołem, który wywalczyłem na boisku, a nie będąc uzupełnieniem składu, ale w ogóle nie żałuje tych lat spędzonych w Stelmecie i była to fajna, koszykarska przygoda.

Spędziłeś wtedy na parkiecie nieco ponad 120 minut. Wpływ na to miały zarówno kontuzje, ale i ogromna konkurencja w zasadzie z góry skazana na porażkę, bo gra była o bardzo wysoką stawkę. Gdybyś mógł cofnąć czas wybrałbyś ponownie Stelmet?

– Myślę, że tak. Warto podkreślić, że do Zielonej Góry trafiłem z kontuzją, której nabawiłem się na młodzieżowych mistrzostwach Europy i to Stelmet wyciągnął do mnie pomocną rękę. Miałem możliwość rehabilitować się i wracać do zdrowia pod okiem świetnych specjalistów. Niewątpliwym plusem było też to, że miałem okazję trenować z pierwszym zespołem i grać w II lidze. Na tamten moment była to dobra decyzja i z pewnością bym wybrał tak samo. Później niestety znów przyplątała się kontuzja, która wszystko zahamowała.

Mówi się, że dla młodego zawodnika najważniejsze są minuty, a ile daje oglądanie i trenowanie z najlepszymi graczami w kraju?

– Ta rywalizacja na treningach daje bardzo dużo. Jest to zderzenie z zupełnie inną fizycznością i innym przygotowaniem mentalnym. Kiedy każdy walczy o swoje minuty, to często na takich treningach trzeszczą kości. To wszystko pokazuje różnicę między koszykówką młodzieżową, a tą seniorską. Dla mnie fizycznie to była przepaść. Takie przyglądanie się kolegom jest jednak dobre przez jakiś czas. Trzeba zacząć szukać swoich minut, bo jeśli ich nie ma to ciężko się spodziewać postępów. Lepiej grać regularnie ligę niżej niż siedzieć na ławce, bo tylko tak można się rozwijać i zyskiwać pewność siebie.

Dlaczego po Stelmecie wybór padł na Łańcut?

– Mój brat grał tam sezon wcześniej i w samych superlatywach wypowiadał się o trenerze Kaszowskim i klubie. Od początku było też jasne, że będę tam odgrywał ważną rolę na parkiecie. Zespół był w fazie przebudowy, trener chciał postawić na młodszych zawodników, którzy mają coś do udowodnienia, a ja byłem żądny minut i gry. Dodatkowym plusem była obecność Marka, który mógł mnie wprowadzić do I ligi. To wszystko mnie przekonało. Po kilku latach znów mogliśmy zagrać razem w jednym zespole, bo zawsze dobrze nam się grało w duecie i to był jeden z głównych powodów, że zdecydowałem się przenieść do Łańcuta.

Dwa lata z rzędu najlepszy podający I ligi. Czy to znak, że jesteś typem gracza „first pass” playmaker?

– Na pewno zawsze staram się szukać kolegów na parkiecie. Oczywiście lubię też zdobywać punkty, ale trenerzy oczekują ode mnie, że będę kreował partnerów i powiem nieskromnie, że chyba mam do tego talent. Lubię prowadzić grę i niekoniecznie muszę bazować na tym żeby samemu kończyć każdą akcję. Całkiem nieźle mi to wychodzi od dwóch lat. Duża ilość asyst na pewno jest też zasługą dobrych kolegów w zespole. Wiem, że jeśli poślę piłkę do otwartego Grześka Kulki, Krzysia Jakóbczyka czy Damiana Pielocha, to będzie to zamieniane na punkty. Granie z takimi zawodnikami jest czystą przyjemnością i licznik asyst sam idzie do góry.

Był czas na pochwały, ale zganić trzeba za skuteczność z gry. Od trzech sezonów cały czas kręci się koło 40 procent. Może być zdecydowanie lepiej szczególnie zza łuku.

– To jest taka moja pięta achillesowa zwłaszcza gdy obrońcy idą dołem czy odpuszczają mnie na rzucie, to jednak trzeba trafiać z tych otwartych pozycji. Cały czas nad tym pracuje. Wydaje mi się, że to też kwestia pewności siebie i głowy. W końcu straciłem trochę sezonów gry i od jakiegoś czasu dopiero znów gram na pełen etat. Mam nadzieję, że wskaźniki skuteczności się podniosą. W meczu z Księżakiem było już lepiej pod tym względem, ale niestety przegraliśmy więc może lepiej będzie jak ja nie będę trafiał, ale zespół będzie wygrywał (śmiech).

Po takich dwóch udanych latach w Łańcucie nie myślałeś, że w I lidze robi się trochę za ciasno dla ciebie?

– Uważam, że nadal sporo mi brakuje żeby grać na poziomie PLK, a po drugie nie było też konkretnych ofert żeby próbować tam swoich sił. Dodam też, że nie interesuje mnie siedzenie na ławce, bo swoje już przesiedziałem w ekstraklasie. To jest dobre doświadczenie na początek, ale nie na dłuższą metę. Ja chce przede wszystkim grać. Jestem w takim wieku, że mam jeszcze czas na rozwój i kluczem jest budowanie pewności siebie i poprawianie elementów, w których są jeszcze spore rezerwy. Cały czas też się rozwijam fizycznie więc mam nadzieję, że pewnego dnia trafię do PLK i będę tam grał, a nie tylko siedział i oglądał poczynania kolegów z ławki.

Przez lata rozwój polskich playmakerów zabijał trend, że jedynka musi być zagraniczna. On nadal dominuje, ale chociażby przykład Łukasza Kolendy czy Jakuba Kobela pokazuje, że warto stawiać na naszą młodzież.

– Szansa to słowo klucz. Od tego najwięcej zależy. Ciężko jest się przebić gdy klub wyznacza konkretny cel i zagraniczni zawodnicy grają po trzydzieści kilka minut. Trzeba mieć dużo szczęścia albo trenera, który nie boi się dać szansy. Dlatego ja nie chce ryzykować pójścia i siedzenia na ławce.

Była Warszawa, Zielona Góra, Łańcut, a teraz Wałbrzych. Skaczesz po regionach Polski.

– Trochę pozwiedzałem w ostatnich latach (śmiech). Wszystko po to żeby szukać najlepszego miejsca do rozwoju i grania w danym momencie. Teraz padło na Wałbrzych i nie ukrywam, że mam dużo bliżej do domu niż z Podkarpacia, a to też jest jakiś plus. Mamy znakomity ośrodek, świetny zespół, dobrego trenera i zaczęliśmy całkiem nieźle. Wydaje mi się, że ta decyzja była bardzo dobra, a sezon jest długi i stać nas na dużo w tym roku.

Prześledziłeś historię Górnika? Dla nowych graczy przyjście tutaj z pewnością jest dużym zaskoczeniem i trochę stresuje, bo wałbrzyski kibic jest wyjątkowo wymagający w porównaniu do innych ośrodków, ale też żyje koszykówką przez cały czas.

– Kibice na pewno pamiętają jeszcze te najlepsze czasy koszykówki w mieście w latach 80. Tata sporo mi opowiadał o tych czasach jak Górnik bił się ze Śląskiem o prym w lidze. Na pewno jest to świetny ośrodek na pierwszoligowej mapie. Mamy jedną z lepszych hal, mamy kibiców, duże miasto – są tutaj wszystkie warunki żeby była koszykówka na najwyższym poziomie. Apetyt będzie rósł w miarę jedzenia. Mamy bilans 5-1, a kibice widzą, że w zespole jest spory potencjał i może się bić o najwyższe cele w I lidze.

Może paradoksalnie taki zimny prysznic w Łowiczu był Wam potrzebny po tym szybkim 4-0?

– Musimy pamiętać, że I liga jest w tym roku bardzo wyrównana. Są też miejsca i hale, w których gra się ciężko. Wrogo nastawiony kibic, drużynie wpadnie kilka rzutów i o porażkę nie trudno. Co do samego meczu w Łowiczu wydaje mi się, że trochę poczuliśmy się za pewnie. Kontrolowaliśmy mecz w pierwszej połowie, ale nie potrafiliśmy złamać tego wyniku i Łowicz wracał do gry. Na wyjeździe trzeba przełamać rywala żeby nie miał możliwości powrotu zwłaszcza w końcówce. Hale są często specyficzne mają spuszczane kosze z dachu, tablice przyjmują każdy rzut i drużyny, które tam grają są w stanie trafić kilka rzutów ot tak. Biorą piłkę z podłogi, rzucają o tablicę i wpada. My musimy być gotowi na takie mecze i nie możemy dać rywalom poczucia, że można z nami wygrać w końcówkach. Zawiodła też obrona. We wcześniejszych meczach traciliśmy nieco ponad 60 punktów, a tam daliśmy sobie rzucić 90. Przy meczu na wyjeździe ciężko wygrać takie spotkanie jak rywal się rozpędzi.

Jesteście bardzo sportową rodziną. Brat koszykarz, siostra również trenuje basket, mama jest przedstawicielką nieco innej dyscypliny sportu. Czy zdarza się Wam rozmawiać o czymś innym niż sport (śmiech)?

– Zdarza się (śmiech). A tak całkiem poważnie, to staramy się nie rozmawiać aż tyle o koszykówce, co jednak jest trudne, bo w końcu co odpowiedzieć na pytanie co słychać w pracy? Sport od zawsze był w domu tematem numer jeden, a rodzice są naszymi najwierniejszymi kibicami, ale i krytykami. Wszystko jednak z umiarem i w zdrowy sposób. Zdarza się jednak zostawić koszykówkę z boku i w gronie rodzinnym zresetować głowę.

A czy aktywna mama w mediach społecznościowych pomaga czy narzuca dodatkową presję?

– Ja się zdecydowanie mniej udzielam w mediach społecznościowych więc nie wiem do końca jak to jest z mamą (śmiech). Wiem jednak, że stara się dyskutować zdroworoządkowo i nie pisze nic w stylu, że „moje dziecko jest najlepsze”. Każdy ma prawo do własnej opinii i jeśli lubi to robić w mediach społecznościowych, to nie mam z tym najmniejszego problemu.

Nie masz wrażenia, że mniejsze ośrodki takie jak Sieraków, z którego Wy się wywodzicie czy Konin, który dał niedawno Olka Dziewę i Szymona Tomczaka są w stanie „wyprodukować” więcej utalentowanej młodzieży niż duże miasta, w których jest więcej konkurencji i więcej pokus?

– Wydaje mi się, że tak, ale głównym powodem jest chyba to, że mając dwunastu chłopaków jak to było w Sierakowie wyciskano z nas maksimum możliwości. Nie ma tam zbyt wielu chłopców w danym roczniku, a co dopiero tych, którzy przyjdą na trening. Trener Czekała, który prowadził również nas stara się wycisnąć jak najwięcej z takiej grupy osób. Mieliśmy bardzo dużo jednostek treningowych, a nacisk kładziony jest na technikę i zgranie. Nie kombinowania żeby grać strefami ani miliona zagrywek. Jest prosta koszykówka, która rozwija indywidualnie zawodnika i jego fizyczność. Paradoksalnie plusem jest również to, że chłopaków jest mniej niż chociażby we Wrocławiu czy Sopocie i można spokojnie skupić się na pracy.

Da się zauważyć w twojej grze brak emocji. Nie ważne czy wynik jest +10 czy -10, to zawsze grasz z chłodną głową i nie pękasz na robocie. Wrodzone czy wytrenowane?

– Chyba jednak wytrenowane, bo tak jak wcześniej wspomniałeś mam już trochę tego doświadczenia. Były kadry młodzieżowe, minuty w PLK i teraz dwa pełne sezony w I lidze. Wiem czego mogę się spodziewać. Wiadomo, że czasami ręka zadrży gdy są większe emocje albo waży się wynik, ale nie boję się brać za to odpowiedzialności. Nawet jeśli raz nie wyjdzie, to trzeba wyciągnąć lekcję na przyszłość. Tego chyba oczekuje się po rozgrywającym – żeby brał odpowiedzialność za wynik i zespół i ja się tego nie boję. Mam nadzieję, że moje decyzje w końcówkach spotkań dadzą zwycięstwa Górnikowi.

Pierwszy raz w I lidze masz backup w postaci bardzo doświadczonego Rafała Glapińskiego. To daje komfort psychiczny jak jest się nominalną jedynką?

– Rafał jest jednym z najbardziej doświadczonych graczy w lidze. Pamiętam go jeszcze z czasów gdy rywalizowaliśmy na parkietach drugoligowych i zawsze byłem pod wrażeniem jego boiskowego IQ. Teraz nawet gdy już nie jest tak szybki jak kiedyś potrafi posłać rewelacyjne podanie do kolegi. Ma świetny przegląd pola. To jest nasz boiskowy generał – daje dużo energii, ale i potrafi na nas krzyknąć i zmobilizować. Często korzystam z jego rad i podpowiedzi, bo jego boiskowe doświadczenie jest bezcenne. Jest świetnym backupem i mam nadzieję, że będziemy do końca sezonu dobrze się uzupełniać.

Gdybyś mógł podkradłbyś rzut bratu?

– Gdybym mógł, to pewnie zrobiłbym to bez większych skrupułów (śmiech). Mam jednak nadzieję, że moja pewność wzrośnie na tyle, że zacznę regularnie trafiać. Tu nie chodzi o technikę czy powtarzalność, ale właśnie brakuje pewności siebie. Miewam mecze, w których potrafię zdobywać punkty seriami, ale zdarzają się też takie, w których nie mogę nic trafić i później ciężko wejść w takie spotkanie.

Od początku sezonu kręcisz się koło tego magicznego triple-double, ale ciągle czegoś brakuje. Liczysz, że w końcu się uda?

– Jeszcze mi się to nigdy nie udało w I lidze. Na pewno jest to fajne osiągnięcie statystyczne i pokazuje, że dało się dużo drużynie swoją osobą, ale nie myślę o tym w trakcie meczu. Dopiero później jak spojrzy się w statystyki, to jest mały niedosyt, że trzeba było nie dać zebrać Cechniakowi tylko wziąć to samemu (śmiech). Dla mnie nie ma to większego znaczenia – liczą się wygrane drużyny i żeby zespół był jak najwyżej w tabeli. Jeśli mi się to uda, to z pewnością będzie to przyjemne, ale nie mam parcia na własne cyferki.

Skąd taka poprawa gry na deskach, bo zbierasz dwa razy więcej piłek niż w zeszłym sezonie.

– Nie pracowałem jakoś specjalnie nad tym elementem, ale przez słabą skuteczność w pierwszych meczach sezonu chciałem dać coś ekstra zespołowi. Trener Grudniewski też oczekuje po mnie energetycznej gry i chyba, to też ma wpływ na zbieranie tych piłek. Lubię od początku akcji w ataku mieć piłkę w rękach, bo łatwiej jest mi wyprowadzić kontrę. Mamy też dobrych wysokich, którzy dobrze się biją o piłkę, a wtedy mi pozostaje tak naprawdę podnieść ją tylko z parkietu.

Pamiętasz to zamieszanie w Koszalinie? Szukali rozgrywającego, a ostatecznie wzięli rzucającego Zywerta (śmiech).

– Do końca sam nie wiem jak to było (śmiech). Też słyszałem takie głosy, ale jeśli faktycznie tak było, to jakiś kuriozum. Marek miał wtedy świetny sezon w I lidze i wydaje mi się, że od początku wiadomo było, że to on pójdzie do PLK. Być może w Koszalinie chcieli próbować zrobić z niego jedynkę na potrzebę chwili.

A może po prostu nie tego Zywerta w pociąg wsadzili (śmiech).

– Może i tak było (śmiech). W sumie to nawet mogliśmy się wymieniać.

Zapewne dużo rozmawiasz z bratem o koszykówce. Marek myśli o powrocie na parkiet czy na razie o tym nie myśli?

– Na pewno bym go nie skreślał. Nie minęło wcale dużo czasu po tak ciężkiej kontuzji, a na pewno już czuje się dużo lepiej. Praktycznie cały czas rozmawiamy o koszykówce i podpytuje czy ma jakieś plany. Na razie jednak spokojnie się rehabilituje i powoli wraca do formy. Najlepiej żeby niczego nie przyspieszał i pomału wracał do formy fizycznej i psychicznej, bo na razie jest jeszcze ciężko z bieganiem. Obecnie trenuje dzieciaki w Sierakowie i pracuje nad sobą. Mam nadzieję, że wróci na parkiet, ale nikt go nie będzie pospieszał. Trochę się naciął na życie z koszykówki i finanse i dobrze mu zrobi ten odpoczynek. Myślę, że jednak głód koszykówki będzie na tyle duży, że za jakiś czas wróci na parkiet.

Tak zupełnie półżartem może kluby boją się brać drugiego Zywerta, bo gdzie się nie pojawił, to zaraz klub zawijał działalność (śmiech).

– To już niestety wina klubów. Z tego co wiem kluby już podpytywały o niego więc myślę, że chyba te obawy ustały (śmiech). Mam nadzieję, że wyczerpał już limit takich przygód i będzie jeszcze o nim głośno.

A to nie jest trochę tak, że najlepiej się czujecie jak jesteście w jednej drużynie? W końcu ta bliźniacza więź chyba powoduje, że dobrze czujecie się ze sobą i doskonale się rozumiecie.

– Po tym sezonie w Łańcucie takie stwierdzenie nie byłoby odejściem od prawdy. Udało nam się stworzyć bardzo dobry duet w I lidze. Dużo graliśmy ze sobą wcześniej i ta więź i rozumienie się na parkiecie przynosiła wymierne efekty. Mam nadzieję, że będzie jeszcze nam dane zagrać razem.

Może trzeba trenerowi Grudniewskiego podsunąć numer Marka?

– Numer chyba nawet ma ze starszych czasów. Na pewno jestem wielkim fanem takiego pomysłu i może się spełni za jakiś czas.

Po tak udanym początku macie świadomość, że w tej lidze będziecie się bić o najwyższe cele? Czy może ten fakt trochę ciąży na zawodnikach?

– My sami przed sezonem w wewnętrznych rozmowach doszliśmy do wniosku, że niczego nam nie brakuje żeby bić się o najwyższą stawkę. Oczywiście papier nie gra, ale na nim mamy świetny skład, który daje możliwość walki o czołowe lokaty. Presja pewnie wzrosła, ale my sami jej potrzebujemy. Stać nas na wygranie z każdym w tej lidze. Trenujemy na pewno najciężej w I lidze – tego jestem pewien. Są to treningi na poziomie ekstraklasy. Poziom walki na treningach jest naprawdę duży i czujemy głód wygranych. Mamy szeroką rotację, co będzie kluczem w przeciągu całego sezonu. Każdy z nas może odpalić w danym momencie i pociągnąć zespół, to nasza ogromna siła. Jeśli jeszcze dojdzie skuteczność w ataku, to będziemy naprawdę groźni.

Fanatyczny, wałbrzyski kibic niesie?

– Na pewno dla wielu z nas to coś nowego. Kibice Górnika faktycznie są fanatyczni i potrafią dodać skrzydeł. To też może wprowadzać odrobinę presji na czym sam się złapałem. Popatrzyłem wkoło na halę i byłem pod ogromnym wrażeniem. Wtedy niby chce się biegać szybciej, ale ręka trochę drży.

Widać też gołym okiem, że jesteście naprawdę mocni fizycznie. Nawet jak nie idzie w ataku, to jesteście w stanie zabiegać i zamęczyć rywali w obronie.

– To zasługa naprawdę ciężkich treningów. Trener nam często powtarza, że jeśli drużyna nie pęknie w drugiej czy trzeciej kwarcie, to pęknie w czwartej. Praktycznie żaden zespół w I lidze nie ma tak szerokiej rotacji i ciężko grać na takiej intensywności całe mecze. Sezon jest długi i myślę, że i tak najlepsza fizyczna forma dopiero przed nami.

Czyli Kamil Zywert kończy trzeci sezon z rzędu jako najlepszy podający I ligi i ucieka do PLK?

– Chciałbym zakończyć sezon awansem i to byłby idealny scenariusz dla wszystkich. Jeśli do tego będzie po raz trzeci królem asyst, to będzie smakowało jeszcze lepiej. Przede wszystkim interesuje mnie sukces z Górnikiem i po to tu jestem. Mam nadzieję, że wielkie rzeczy dopiero przed nami.

Kategorie

@2019 - ZATRZY.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone.