Roman Rutkowski: Bawiłem się koszykówką

Udostępnij:

Jeden z czołowych strzelców lat 90 w polskim baskecie – Roman Rutkowski w szczerzej rozmowie opowiada o karierze, kadrze i współczesnej koszykówce.

Mateusz Zborowski: Co słychać u człowieka, który był czołową strzelbą lat 90 w polskim baskecie?

Roman Rutkowski: Żyje sobie w Stanach Zjednoczonych, mam ciężarówkę i prowadzę działalność gospodarczą. Mam się całkiem nieźle, ale jestem zupełnie obok koszykówki mimo, że przez długi czas była mi bardzo bliska. Kto wie jakby potoczyły się moje losy gdyby nie feralny kontrakt w Słupsku, za który nie zobaczyłem pieniędzy. Wysyłałem pisma do związku, walczyłem o swoje, ale Czarni dostali licencję na dalsze granie, a ja zostałem na lodzie. Były to dość duże pieniądze. Prowadziłem działalność, opłacałem podatki, a nie miałem żadnego przychodu i tym samym musiałem spakować walizkę i wyjechać do USA.

Z biegiem czasu trzeba przyznać, że ta kariera była całkiem owocna. Średnie momentami były kosmiczne, a cyferek nie da się oszukać.

– Ja byłem typem zawodnika, który starał się grać z publicznością, wkręcać ją w mecz i zawsze mi się to udawało. Idąc amerykańskim nazewnictwem byłem typem showmana i może momentami wyglądało to trochę niepoważnie, ale ja się bawiłem koszykówką całe życie. Lubiłem grać w halach takich jak Włocławek, Zgorzelec, Słupsk czy Wałbrzych, w których publika żyła spotkaniem. Byłem temperamentnym gościem, który zawsze stawał za drużyną i czasami nie wszystkim się to podobało. Zawsze mówiłem, to co myślałem. Moja mama zawsze powtarzała: „Synu pamiętaj z dużą dupą wszędzie wejdziesz, ale z dużą gębą niekoniecznie”. W czasach młodości sporo numerów przechodziło, ale później już zaczęły się kary i inne takie, ale nie żałuje żadnej sytuacji i jedno jest pewne – wstaje rano, golę się, patrzę na swoją twarz w lustrze i wiem, że nigdy się nie sprzedałem.

Jak to się stało, że trafił pan do koszykówki?

– Chyba nie powiem nic odkrywczego. W tamtych czasach wszyscy grali we wszystko. Teraz dzieciaki siedzą przed iPhone’ami, a kiedyś biegaliśmy po boiskach. Kopało się i odbijało w szkole czy przed szkołą i żaden z nas się dobrze nie uczył w tamtych czasach (śmiech). Zaczęły się SKS-y, zajęcia pozalekcyjne – trochę piłki ręcznej, nożnej i koszykówki. Mi się spodobała ta ostatnia dyscyplina i tak to się wszystko zaczęło w krakowskim Hutniku.

Stara krakowska szkoła basketu…

– Hutnik to była specyficzna ekipa. Myślę, że wiele zależy od trenera. Jeśli jest dobry coach, to może brakować umiejętności, ale dużo można nadrobić walką i charakterem. Obojętnie kto by do nas nie przyjeżdżał, to zawsze rywalom grało się ciężko. Do każdego spotkania podchodziliśmy z zębem, jak do najważniejszego w karierze. Tak to wyglądało. Kiedyś pamiętam trafnie podsumował to trener Zubrzycki: „Romek na waszych rocznikach skończyły się charaktery, teraz to ciepłe kluchy są”.

Z podobnym zębem chyba jednak walczyła nasza kadra na zakończonych mistrzostwach świata.

– Muszę przyznać, że Ci chłopcy mają jaja! Ten mecz z Rosją… Oj pokazali charakter. Może nie ma wielkich nazwisk, ale jest prawdziwa „drużyna”. Po tylu latach posuchy pokazali się z naprawdę świetnej strony. Mają duże jaja i są walczakami. Ta drużyna dała nam sporo satysfakcji i mogła się podobać.

Czy to ósme miejsce na świecie może być momentem zwrotnym i nadzieją, że znów zrodzi się boom na basket w Polsce?

– Chciałbym żeby tak się stało. W tym wszystkim trochę maczał palce Jerzy Szambelan, bo w 2010 roku stworzył naprawdę fajną i charakterną ekipę, która potrafiła wywalczyć drugie miejsce na świecie do lat 17. Teraz są z tego owoce. A jeszcze gdyby wszyscy byli poważni… Gdyby na mundial pojechał Gortat albo Lampe, to była realna szansa wejść do czwórki. Nam nie brakowało umiejętności, ale metrów. W meczach z Czechami czy Hiszpanią zabrakło centymetrów pod koszem żeby bić się z nimi jak równy z równym. Oczywiście nie umniejszając naszym wysokim, bo wykonali kawał dobrej roboty, ale te kilka piłek gdybyśmy wyrwali pod koszami, to wynik mógłby być jeszcze lepszy. Tę drużynę naprawdę fajnie się ogląda. I trzeba pamiętać, że to są mistrzostwa świata – gdybyśmy odrzucili Argentynę, Australię czy USA, to bylibyśmy w najlepszej piątce w Europie. Można być dumnym z tego co zrobili nasi zawodnicy.

Wracamy jednak do lat 90. Po okresie spędzonym w Krakowie i Lublinie trafił Pan do Wałbrzycha. I znów była to charakterna ekipa, z którą nikt nie lubił grać.

– To była naprawdę fajna grupa i niewiele zabrakło żebyśmy zdobyli brązowy medal. Ciekawy jest też wątek jak trafiłem do Wałbrzycha, bo to też był niezły przekręt. Wchodziło prawo Bosmana i nie mając kontraktu z żadnym klubem można było podpisać umowę w Europie bez odstępnego. Ja byłem akurat bez klubu, ale podsunęli mi jakiś papier do podpisania w Lublinie… Oczywiście z góry wiedziałem, że tam nie zagram. I tak trafiłem do Wałbrzycha. Trener Toto Mołłow przyjął mnie do drużyny. Na początku nie byłem w formie, ale z meczu na mecz zacząłem się rozkręcać. Mieliśmy drużynę złożoną z samych Polaków bez ani jednego obcokrajowca i zrobiliśmy czwarte miejsce. Niewiele zabrakło do tego żeby zagrać w finale, ale prowadząc w Przemyślu z Polonią na 3 minuty przed końcem siedmioma punktami zaczął się sędziowski spektakl. Wojtek Królik rzucał siedem osobistych pod rząd! Zaczęły się sypać techniczne i inne dziwne faule i bez puszczonego czasu Królik miał siedem osobistych (śmiech). Oczywiście wszystkie trafił.

Roman Rutkowski z drużyną Śnieżki (trzeci od lewej w górnym rzędzie)

Jeśli mowa o Górniku, który wtedy grał pod szyldem „Aspro Śnieżka Świebodzice”, to nie można wspomnieć o kibicach i „wałbrzyskim kotle”.

– Oj tak! Ja kochałem grać w hali OSiR-u przy Wysockiego. Zawsze prosiłem chłopaków żebyśmy przed rozgrzewką zostawali chwile dłużej w szatni żeby posłuchać trybun jak witają drużynę przeciwną. Wybiegali rywale na parkiet, a tam jeden wielki ryk. Karmiłem się tymi emocjami i kochałem to! Specjalnie przeczekiwaliśmy ten moment w szatni żeby za chwilę wbiec na parkiet przy ogromnym aplauzie. Rywalom drżały nogi i ręce (śmiech). Dobrze pamiętam moment jak w play-off przyjechała do nas Stal Stalowa Wola i specjalnie obserwowałem ich na rozgrzewce to przy tej wrzawie z trybun nie mogli trafić spod kosza! Byli autentycznie zesrani (śmiech).

Warto wspomnieć, że był pan członkiem kadry narodowej, która w 89 roku zagrała na Uniwersjadzie w Duisburgu z USA. Chyba fajna przygoda?

– Zdecydowanie. To było coś wielkiego. Dla nas to była wielka nobilitacja, że mogliśmy występować z orzełkiem na piersi, ale przede wszystkim mieliśmy okazję zobaczyć inny świat! Ja przywiozłem stamtąd zgrzewkę Coca-Coli, bo u nas tego nie było. Takie to były czasy. Byliśmy tym zszokowani. Różnice kulturowe i ekonomiczne były przeogromne. Nie raz przegrywało się mecze, bo człowiek był tym wszystkim oszołomiony i nie wierzył w to co widzi. Dziś może brzmi to absurdalnie, bo wszystko jest dostępne, ale wtedy był to dla nas kosmos. Wszyscy chodziliśmy tak samo ubrani, do tego buty Relaksy, bo nie było niczego innego. Każdy chciał grać z orzełkiem na piersi, bo to była szansa żeby zobaczyć jak wygląda zachód. Wtedy czuliśmy się wybrani, elitarni, że możemy reprezentować nasz kraj.

Podobno z tej Uniwersjady śni się panu do dziś Larry Johnson (śmiech).

– Oj śni, śni (śmiech). Było śmiesznie. Mieliśmy kontrę w meczu z USA i widziałem, że Johnson stoi pod koszem więc stwierdziłem, że spróbuje skończyć akcję wsadem. Ubzdurałem sobie, że włożę piłkę razem z nim do kosza (śmiech). No i mnie sfaulował przy próbie tego wsadu. Ja może ważyłem wtedy z 80 kilo, a on ze 120. Stanął, popatrzył na mnie i zaczął wyzywać (śmiech). Po tej akcji cały czas biegał za mną i mnie męczył rzucając co chwilę jakieś wyzwiska. Aż w końcu sam poprosiłem o zmianę, bo się go autentycznie bałem (śmiech). W tamtych czasach to był potwór. A jeszcze podobno wzięli go do koszykówki z bokserskiego ringu. My wyglądaliśmy przy nim jak szczypiory.

A do tego ten jego słynny złoty ząb…

– Wtedy chyba jakaś moda nastała na te złote zęby. W lidze zawsze się śmialiśmy jak przyjeżdżali grać Ruscy, to można zgasić światło, bo jak się uśmiechną to taki blask od złotych zębów, że można grać po ciemku. Larry chyba też przyjął te standardy (śmiech). Później mu to chyba wybito z głowy, bo grał już bez tego zęba.

Jak wyglądało wtedy wejście młodego zawodnika do kadry? Były te legendarne chrzty?

– Ja tam nie pamiętam żadnych chrztów na kadrze. Może za moich czasów już ich po prostu nie było. Zadaniem młodego było nosić piłki, być uprzejmym i otwierać butelki starszym kolegom, bo wtedy woda była kapslowana. Trzeba było otworzyć i grzecznie podać starszym. Ja dosyć szybko łapałem dobry kontakt z kolegami. Jeśli chodzi o chrzty, to jak się wchodziło do drużyny seniorów, to coś tam było. Trzeba było pisać podanie, a później się dostawało trampkiem po dupie (śmiech). Tyłek bolał przez cały tydzień. Taki chrzest to był swego rodzaju spektakl żeby sprawdzić czy młodzi się nadają.

To przeciwko komu w lidze nie lubił pan najbardziej grać?

– Chyba nie było takiego zawodnika. Może Maciej Zieliński, bo parę razy nabiegł mi z tyłu i założył czapę. Chyba to bardziej wynikało z mojej strony, że byłem przemotywowany i wtedy się automatycznie blokowałem więc mi nie szło, bo jak byłem w sztosie, to nie miałem takiego zawodnika przeciwko, któremu bym nie zagrał.

Kiedyś Daniel Puchalski wspomniał, że Roman Rutkowski jest fantastyczny w ataku, ale z obroną już jest gorzej. Jak się pan do tego odniesie?

– Jest w tym ziarno prawdy, ale to trenerzy chyba mnie tak bardziej sklasyfikowali. Zwykle trafiałem do drużyn, w których musiałem dać z siebie wszystko w ataku, a w obronie starałem się złapać trochę oddechu, ale to nie znaczy, że nie broniłem. A co do słów Daniela, to ja może gorzej od niego broniłem, ale dawałem więcej w ataku (śmiech).

A kto był największym kozakiem z jakim pan grał?

– Jak miałem 18-19 lat i wchodziłem do ligi to zdecydowanie Darek Zelig. Robił niesamowite wrażenie. Z kolejnego pokolenia na pewno Adaś Wójcik, który był znakomitym koszykarzem. Ciągnął przez długi czas polski basket na swoich barkach. No i chyba muszę wyróżnić jeszcze Keitha Williamsa, który robił cuda z piłką.

Da się porównać ten basket, który graliście z tym dzisiejszym? Czy takie porównania nie mają obecnie sensu?

– To zupełnie inne światy. Inne czasy, inna ekonoma. Jak dorastałem to opowiadali mi o Mietku Młynarskim – gościu, który był najlepszy i mógł grać wszędzie, a gdy wchodziłem do ligi to mogłem przeciwko niemu zagrać. Myślę, że to po prostu jakość koszykówki spadła. Basket nie ma jednego lidera. Gwiazdy z NBA się rozdrabniają. Koszykówka musi mieć lidera, który by ją ciągnął na barkach i takim kimś był właśnie Michael Jordan. Pamiętam jak byłem młody i w Hucie oglądałem mecze play-off NBA w telewizji publicznej i któregoś razu spojrzałem przez okno, a tam połowa bloków się świeci. Wszyscy oglądali NBA, bo przyciągał ich fenomen Jordana. Teraz brakuje takiego indywiduum.

Dlaczego tak mało ludzi z waszego pokolenia pracuje przy baskecie? Macie wiedzę, macie umięjetności i chyba naturalnym powinno być żeby sprzedawać ten koszykarski „know-how” dalej.

– Nie wiem z czego to wynika. Może po prostu trafiają do basketu ludzie po koneksjach? Ciężko powiedzieć. Chyba trzeba by było wszystko zaorać za przeproszeniem, bo tam się nie można dopchać. Są jakieś zasady wyboru działaczy i to jest chore. Trzeba to zburzyć żeby zacząć budować od nowa w oparciu o ludzi z koszykarską wiedzą i doświadczeniem, ale to nie jest takie proste.

Tęskni pan za koszykówką?

– Mogę otwarcie powiedzieć, że przez te wszystkie sprawy pozaboiskowe w ogóle nie tęsknie za koszykówką. Ale za to tęsknie za kolegami z parkietu, z którymi naprawdę dużo się działo. Przez działaczy i wszystkie te akcje z klubami basket mi po prostu zbrzydł i nie wstydzę się tego powiedzieć. Jako były reprezentant zostałem potraktowany bez respektu i musiałem uciekać z kraju za chlebem. Absurd. Kiedy można było mi pomóc wszyscy się odwrócili plecami, to jak mam tęsknić za basketem?

Gdyby miał pan wyróżnić jedno najlepszy wydarzenie z całej kariery, to co by to było?

– Ciężko tak wyróżnić coś na gorąco. Mógłbym wyróżnić okresy, w których grałem. I chyba takim „naj” był okres spędzony w Wałbrzychu. Klub, kibice – coś wspaniałego. Równie miło wspominam dwa lata w Przemyślu, bo ostatni sezon był już kiepski. No i na koniec gra w Zgorzelcu. Tam też spotkałem wspaniałych ludzi. Dla kibiców w tych miastach aż chciało się grać. Bo czasami jest tak, że przychodzi się do zespołu i gra się przeciwko trenerowi, przeciwko działaczom. W tych trzech miejscach człowiek mógł się skupić tylko na grze, bo miał wszystko zapewnione i brakowało tylko „ptasiego mleczka” (śmiech).

Kategorie

@2019 - ZATRZY.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone.