Spowiedź Jechorka

Udostępnij:

Jego kariera to gotowy materiał do dobrą filmową produkcję. Przed państwem Jarosław Jechorek i opowieść o barwnych latach 80 i 90.

Mateusz Zborowski: Trzeba przyznać, że pana historia, to gotowy scenariusz na dobry film.

Jarosław Jechorek: Zdecydowanie. Dużo się działo, szczególnie w tych czasach pozasportowych (śmiech).

Zacznijmy jednak od sportu. Jak to się stało, że zaczął pan grać w koszykówkę?

– Tak się składa, że akurat leżę teraz w tym samym pokoju, co wtedy kiedy zaczynałem i patrzę na okno, za którym widać poznańską Arenę. Oddziela mnie od niej tylko boisko szkoły podstawowej, do której uczęszczałem. Kiedy w Arenie zaczęli grać koszykarze, to siłą rzeczy chodziliśmy na mecze. Panowie wpuszczali nas bokiem i oglądaliśmy w akcji takich koszykarzy jak Myrda, Młynarski, bracia Langosze czy Boguccy.

Czyli dzięki temu wpuszczaniu bocznymi drzwiami na halę zakochał się pan w koszykówce.

– Dokładnie, a z racji tego, że wyrosłem to postanowiliśmy z kolegą z równorzędnej klasy spróbować swoich sił w koszykówce. Tak trafiliśmy na treningi do Szkoły Podstawowej nr 9. Poszliśmy na pierwszy trening i dostaliśmy instrukcje, że na kolejny mamy się nauczyć dwutaktu. Katowaliśmy ten dwutakt na boisku szkolnym i na kolejnych zajęciach okazało się, że ja zostaję, a koledze podziękowano.

I poszło już górki?

– Zaczęły się treningi dwa razy w tygodniu – we wtorki i piątki jeśli dobrze pamiętam. To były pierwsze koszykarskie kontakty i jeszcze wtedy zazdrościłem kolegom, że potrafią już tak dużo. Warto również dodać, że byłem wtedy czynnym kibicem Kolejorza i zamiast na swoje pierwsze zawody poszedłem na mecz Lecha jeszcze na stary stadion na Dębcu. Później tak bałem się pójść na kolejny trening, że trener Krajewski wysłał do mnie jednego z kolegów żebym pojawił się na zajęciach. Zaczęły się regularne treningi, pierwsze mecze, a mi coraz bardziej się to podobało.

Czyli bez przygód się nie obyło.

– Po dwóch latach trenowania przyjechała do nas na turniej Astoria Bydgoszcz, którą prowadzili ówcześni trenerzy kadry juniorów. Jak mnie zobaczyli, to za chwilę przysłali pierwsze powołanie. To już było coś. Co prawda wtedy byłem tam „piątym w maluchu”, ale było to duże wyróżnienie. Lech też wtedy potrzebował wysokiego więc zacząłem trenować z seniorami. Miałem okazję sprawdzić się wśród chłopaków, których wcześniej podziwiałem jako młody kibic w Arenie. Muszę przyznać, że otoczyli mnie bardzo dobrą opieką. Potem przyszły pierwsze minuty w lidze, ale Lechowi nie udało się obronić przed spadkiem do drugiej ligi.

Tak na dobre pojawił się pan w składzie Lecha właśnie po spadku z ektraklasy.

– Już w sezonie 79/80 zaznaczyłem swoją obecność w ekstraklasie. Pojechałem na mecz zamiast Marka Kostenckiego do Wybrzeża Gdańsk, które biło się wtedy o mistrza i udało nam się raz wygrać. W pierwszym meczu zaaplikowałem im aż 26 oczek. To było dla mnie niesamowite wydarzenie. Takie spotkania pozwalały uwierzyć w siebie, a w drodze powrotnej kierownik drużyny wypłacił mi premię w gotówce. Kiedy przyniosłem te pieniądze do domu, to moja mama powiedziała – „synu ty nic nie rób, tylko graj w koszykówkę” (śmiech). Wtedy przywiozłem równowartość jej półtorej pensji.

Chyba warto dodać, że młodzież garnęła się do koszykówki, bo miała lokalnych bohaterów. Praktycznie każda drużyna miała zawodnika, z którym utożsamiali się kibice. Lech miał Kijewskiego i Jechorka, Wałbrzych miał Młynarskiego i Kiełbika, Kraków miał braci Sewerynów.

– Zgadza się. Każda drużyna miała w swoim składzie topowych graczy. W Koszalinie grał Doliński, w Sosnowcu Szczubiał i Węglorz. Zresztą z tym Sosnowcem, to jest ciekawa historia, bo oni wtedy budowali swoją potęgę. Nazywaliśmy ich „kosmos”. To były czasy kiedy Kazimierz Deyna i Pele grali w drużynie, która nazywała się New York Cosmos. Ponieważ Cosmos był drużyną, która skupiała wszystkie gwiazdy, to tak samo nazwaliśmy drużynę z Sosnowca, która z miejsca ściągała każdego wyróżniającego się gracza w lidze. Za chwilę ten sam numer zrobiła Polonia Bytom, która przemianowała się na Stal Bobrek.

Wróćmy jednak do Lech i sezonu 80/81. 

– Paradoksalnie dla nas ten spadek z ligi okazał się zbawienny. Przewietrzyliśmy trochę szatnię, a z drużyną pożegnało się kilku starszych zawodników. Pojawili się w niej na dobre Tomek Torgowski, Tomek Kiełpiński no i ja. W tej drugiej lidze praktycznie 36 meczów graliśmy od deski do deski. Dla mnie jako 19 latka to było coś niesamowitego. Pozwoliło to nam się bardzo rozwinąć.


Za długo nie pograliście w tej drugiej lidze, bo po roku szybko wróciliście na parkiety ekstraklasy. 

– Pamiętam że jak występowaliśmy na parkietach drugiej ligi, to wszedł do nas do szatni nowy prezes Lecha pan Bogdan Zeidler, który otwarcie nam powiedział, że klub ma nową strategie i będzie stawiał na piłkę nożną i koszykówkę. W ramach patronatu objęli kilkanaście szkół w Poznaniu. Byliśmy wtedy idolami dla młodzieży. Gienek Kijewski, Zbyszek Bogucki i Irek Mulak czyli zawodnicy na poziomie reprezentacyjnym. Z drużyny beniaminka stworzono drużynę, która walczyła o mistrzostwo.

W dodatku mieliście narybek w postaci młodzieży, która pragnęła być kolejnymi Kijewskimi czy Jechorkami. 

– Kiedy prezes zakomunikował, że stawiają na koszykówkę, to po kilku latach Lech miał tyle młodzieżowych drużyn, że występowało ich bodaj 12. Z tego narybku wywodzi się cała grupa zawodników, która stanowiła o sile Lecha w następnych latach. Blumczyński, Jankowski, Tomaszewski, Ziółkowski – to są właśnie zawodnicy, którzy wywodzą się z czasów kiedy Lech objął szkoły swoim patronatem. Pamiętam że jako starszy kolega sam pomagałem wejść Tomkowi czy Bartkowi do drużyny i starałem się mentalnie przygotować ich do gry na wysokim poziomie.

Nawiązując do tego kosmosu, to w latach 80 właśnie Lech zaczął grać kosmiczny basket. Można powiedzieć że zdominowaliście ligę na długi czas.

– Nieskromnie mogę powiedzieć, że lata 80 w polskiej koszykówce, to była dekada Lecha. Zdobyliśmy 4 mistrzostwa Polski, 2 wicemistrzostwa i 2 razy brąz. Praktycznie co sezon, to medal. W pierwszym sezonie po powrocie do ekstraklasy trzy drużyny skończyły z takim całym bilansem – Górnik, Lech i Śląsk. Górnikowi udało się wygrać dzięki temu, że miał jedno zwycięstwo więcej bezpośrednich spotkaniach.

Pana dobra gra nie uszła uwadze Śląska, w którym trzeba było odbyć służbę wojskową. 

– Śląsk to się dobijał do mnie już dużo wcześniej. Tu już nawet przyjeżdżała ciężarówka, na którą chcieli ładować meble żebyśmy jechali do Sosnowca. Tak to wtedy wyglądało. Z racji tego że byłem na bakier z nauką zdawałem sobie sprawę, że to wojsko wcześniej czy później do mnie zapuka. Po dwóch mistrzostwach z Lechem zgłosiłem się do wojska na ochotnika. Oczywiście z korzyścią dla siebie. Pamiętam że Śląsk przeznaczył na ten cel Fiata 125, za którego nie musiałem płacić. Po latach można powiedzieć, że poszedłem do wojska za samochód (śmiech). Na tamte czasy było to jednak fajna maszyna.

To był też czas kiedy skrzyżowały się wasze drogi ze Stanisławem Kiełbikiem, bo mieliście okazję zagrać w jednym klubie. 

– Te nasze drogi to już skrzyżowały się dużo wcześniej, bo razem występowaliśmy w kadrze juniorów. Ja pojawiłem się w Śląsku rok wcześniej niż Stachu. Z racji tego że znaliśmy się z kadry, to pomagałem mu wejść do drużyny. I ten rok niesamowicie nas do siebie zbliżył i zostaliśmy przyjaciółmi już na zawsze.

Wtedy sport pełnił bardzo ważną rolę w życiu człowieka, a wy byliście gwiazdami dużego formatu. Czy czuliście się królami życia i odczuwaliście na własnej skórze uroki popularności?

– Ja aż tak bardzo tego nie czułem. Ludzie w Poznaniu nie zaczepiali mnie na ulicach. U nas bardziej rozpoznawalni byli piłkarze. Jak gwiazdy mogli czuć się koszykarze Górnika Wałbrzych. Wtedy Wałbrzych stał sportem. Mieli piłkę nożną, koszykówkę i siatkówkę. Trzy wiodące dyscypliny i dwie kopalnie. Do tego w porównaniu do Poznania Wałbrzych był dużo mniejszym miastem. Sport się przekładał na mniejszą ilość ludzi i tym samym zainteresowanie było większe. Wałbrzych w ogóle miał wtedy swój klimat. W dzisiejszych realiach nie da się tego powtórzyć.

Każdy z kim nie rozmawiam powtarza o specyfice Wałbrzycha tamtych lat. Szczególnie drużyny przyjezdne nie miały tu łatwo. 

– Wałbrzych postrzegano wtedy przez pryzmat małomiasteczkowości. W lidze grały drużyny z Warszawy, Krakowa, Gdańska, Poznania czy Wrocławia, miast dużo większych niż Wałbrzych. Wszyscy patrzyli na to miasto z wyższością. Większość uważała że Wałbrzych to dziura na końcu Polski, do której trzeba jechać załatwić mecz (śmiech). Do tego kibice, którzy wyzywają, plują i z wrogością traktują przyjezdnych. Znamiennym obrazkiem tamtego Wałbrzycha był widok Zenka Kozłowskiego, który siedział pod szatnią na dużym fotelu z papierosem w ręku, a obok stała wielka popielniczka. I to wszystko działo się w przerwie meczu (śmiech). To właśnie było takie wałbrzyskie.

Uroki wałbrzyskiego Górnika (śmiech). 

– Pamiętam pewną scenę jakby było to dziś. Górnik przyjechał na turniej przedsezonowy, a Tadkowi Reschke urodziła się córka. Cała drużyna poszła w tango, a rano mieli grać mecz. Na rozgrzewkę wyszli w pięciu i od razu widać było efekty całonocnej imprezy. Im bliżej meczu, tym więcej graczy Górnika się schodziło. Zaczęło się granie, a oni przez dobre 8 minut nie rzucili nawet kosza. Biegali, podawali piłkę, robili zasłony – minęło 30 sekund  i kończyła się akcja. Jednak jak się rozgrzali i przepocili, to mecz wygrali. Mieli zakodowane w swoich głowach, że jak się wygrywa cały czas, to nawet podczas niedyspozycji są w stanie zwyciężać. Mentalnie byli piekielnie mocni.

To była drużyna, które wszystkie braki niwelowała charakterem i wolą walki. 

– Zdecydowanie. Tam nawet jak wychodził ósmy czy dziewiąty zawodnik w składzie, to walczył za trzech. W Górniku mieli całą grupę uzdolnionej młodzieży, która z powodzeniem występowała w rozgrywkach juniorskich. Oprócz tych starych wygów cały czas napływała świeża krew.

Wracamy do pana kariery. Jak wyglądało wejście do kadry narodowej seniorów. Załapał się pan na te słynne chrzty?

– Mnie to ominęło, ale pamiętam swój chrzest na kadrze juniorów. Do dziś nawet znam tekst przysięgi:

„Ja nędzny florek, łamaga sportowa proszę świętą inkwizycję o przyjęcie mnie w koalicję koszykarza morowego Polskiego Związku Koszykarskiego. Przyrzekam nie pić, nie palić i innych rzeczy nie robić, które by mogły mi w dalszej karierze zaszkodzić”.

Najwidoczniej seniorzy uznali, że swój chrzest przeszedłem właśnie w juniorach.

Czyli zaliczył pan bezbolesne wejście do reprezentacji.

– Moje wejście do kadry, to był też totalny przypadek. Po powrocie do pierwszej ligi z Lechem z urzędu powołanie do drużyny przygotowującej się do Mistrzostw Europy w 1981 roku dostał Gienek Kijewski, ale przyszło też powołanie dla mnie… Pamiętam jak dziś 1 kwietnia było zebranie w Warszawie na pierwsze zgrupowanie. Doskonale pamiętam, bo tego dnia zmarł mój dziadek i nie miałem okazji być nawet na jego pogrzebie. Byłem najmłodszy w tej drużynie i poniekąd znalazłem się w niej przypadkowo, bo na turniej pierwotnie miał jechać Klaudiusz Fragsztajn, ale wypadł ze składu przez swoje problemy z wojskiem i tak pojechałem ja. Tym samym zostałem młodym gniewnym, który nie bał się grać pod koszem. Jak już znalazłem się w kadrze, to miałem w niej etat na kolejne 12 lat.

Granie w kadrze nie tylko wiązało się z wielkim wyróżnieniem, ale też z szansami na wyjazdy zagraniczne, co z kolei dawało wam możliwość dodatkowego zarobkowania, a jak wiadomo Polak potrafi.

– Warto dodać, że wtedy nie wszystkie kluby wyjeżdżały. Na zachód wyjeżdżały Śląsk czy Lech. Kluby z południa Polski miały kontakty w dawnej Jugosławii, kluby ze Śląska jeździły na Węgry i do Rumunii. Kto jechał starał się kombinować. W Polsce większość rzeczy była na kartki, ale niektóre dostępne towary były wartościowe na zachodzie jak chociażby wódka. Litrową butelkę wódki można było sprzedać za 11-12 dolarów płacąc za nią w u nas 2 dolary… Jadąc za granicę z Lechem autobus był cysterną gorzelnianą na kółkach. Ja sam potrafiłem zabrać 70 butelek, a byli tacy którzy zabierali 150.

Dziś podchodzi to pod science-fiction (śmiech).

– W Jeleniej Górze w hucie szkła „Irena” kupowało się kryształy, które były pożądane na zachodzie. Zawodnicy z klubów górniczych mieli tzw. książeczki „G”, na które mogli kupić kryształy czy porcelanę z wizerunkiem papieża Jana Pawła II. My z Lechem jeździliśmy do ośrodków gdzie było dużo Polonii. Gościli nas w domach, brali od nas towary, sprzedawali i dawali nam kasę. Prosty biznes. Z takiego wyjazdu potrafiłem przywieźć od 500 do 1000 dolarów, a przeciętna pensja w Polsce wynosiła wtedy około 25 dolarów. Na kadrze dostawaliśmy też diety, ale to nie były wielkie pieniądze – około 4-5 dolarów dziennie. Jak zobaczyłem jednak, że wyjazdy są szansą handlowania na dużą skalę, to postanowiłem z tego skorzystać.

Nie było nigdy żadnych problemów?

– Kiedyś był wyjazd do Bułgarii na wielką nagrodę Sofii. Wtedy na bułgarskim lotnisku można było za złotówki kupić ich produkty w tym wódkę. A my po turnieju w Bułgarii od razu jechaliśmy do Szwecji więc wódka na handel jak znalazł. Jednak na miejscu okazało się, że tego roku Bułgarzy znieśli możliwość kupowania za złotówki. Co mądrzejsi, a w tym ja wzięli ze sobą polską wódkę zakupioną w Berlinie, bo tam mieliśmy międzylądowanie. Tak więc lądujemy na lotnisku w Sztokholmie i cała ekipa trafia z bagażami na rewizję. Wzięli nas na bok i wyciągali po kolei butelki. Zrobiłaby się z tego wielka afera gdyby nie interwencja konsula z Warszawy. Puścili nas, ale nie obyło się bez kar, które oczywiście były mocno zaniżone. Żeby jednak było ciekawiej Mietek Młynarski i Stasiu Kiełbik wykorzystali moment nieuwagi i zabrali swoje torby jako te już oclone i po prostu wyszli. To były w stanie zrobić tylko wałbrzyskie charaktery. Patrząc celnikowi w oczy wynieśli torby pełne wódki (śmiech).

Po tych niewątpliwie udanych latach gry w Lechu i kadrze udało się wyjechać za granicę. Został pan pierwszym Polakiem w ProA we Francji.

– Ja w 1990 roku wyjeżdżałem do Francji jako MVP ligi. Teraz już tego nikt nie pamięta, bo w kraju dominowały przemiany polityczno-gospodarcze. Poznałem francuskiego agenta, który załatwił mi kontrakt i tak wyjechałem z kraju. Na obozie przedsezonowym w Alpach odesłałem do domu trzech Amerykanów także to nie był przypadek. To miejsce trzeba było sobie wywalczyć. Moim partnerem pod koszem był Amerykanin, który rok wcześniej został królem strzelców w Hiszpanii grając w Manresie. Dobrze się uzupełnialiśmy. Mieliśmy najniższy budżet w lidze, ale przed sezonem przegraliśmy tylko dwa mecze z dużo mocniejszymi ekipami. Dobrze weszliśmy w sezon aż do momentu, w którym mój amerykański kolega skręcił kostkę i gra się sypnęła. Próbowano go jeszcze kimś zastąpić, ale nie wyglądało to najlepiej. I tak dobiegła końca moja przygoda z ProA. Na szczęście klub zachował się bardzo w porządku i wydał mi list czystości oraz zapłacił trzymiesięczne pobory i mogłem dokończyć sezon już w Polsce.

Wrócił pan do Polski, ale to już nie było takie granie jak przed wyjazdem. 

– Ja bym nawet powiedział, że to już było takie odcinanie kuponów. Wyjechałem do Francji z myślą, że będę tam grał do końca kariery. Byłem pierwszym Polakiem w ProA. Przede mną wyjeżdżali dużo bardziej wybitni gracze jak chociażby Jurkiewicz, który występował tylko w ProB. Takie były realia. Kibice na zachodzie domagali się ciemnego koloru skóry. Obcokrajowiec miał rzucać po 30 punktów, a podkoszowy zbierać po 15-20 piłek na mecz. Trzeba było wyróżniać się ponad ligę i być łowcą punktów.

Z czego wynika fakt, że kiedyś mieliśmy urodzaj wysokich – był pan, Jerzy Binkowski, Henryk Wardach później Adam Wójcik, Tomasz Jankowski, Mariusz Bacik, Piotr Szybilski i kilku innych, a dziś jest z tymi wysokimi problem. 

– Do tego trzeba się cofnąć 10 lat przed mną. W latach 70 mieliśmy całą, utalentowaną grupę zawodników do gry z piłką – niskich. Byli znakomici technicznie i potrafili z piłką zrobić niemal wszystko. Jedynym wysokim był wówczas Zdzichu Myrda. Potem pojawili się Jurek Binkowski, Piotrek Ciak w Legii, Jechorek w Lechu, Heniu Wardach, którego pamiętam jeszcze z kadry juniorów, bo mimo, że był młodszy to mieliśmy dwa wspólne obozy. Był wielki i ciężki i nie wiadomo było co z niego wyrośnie. Z każdym rokiem nabierał czegoś wartościowego aż w końcu został królem strzelców ligi. To wszystko się zazębiało. Nie było wtedy czasu na szkolenie. Wystarczyło, że byłeś wysoki, zbierałeś piłki i potrafiłeś się przepchnąć pod koszem. I już się nadawałeś. To nie było dobre. Zupełnie nie poświęcano czasu na treningi indywidualne, a jeśli już takie były to nieciekawe. Trenerzy po prostu nie potrafili wyjaśnić sensu danej jednostki treningowej. Ja jestem za tym żeby wyjaśniać, tłumaczyć każdy poszczególny element rzemiosła koszykarskiego, ale po latach teraz wszyscy są mądrzy. Kiedyś po prostu nie mieliśmy o tym pojęcia.

Gdyby pan mógł z perspektywy czasu wyróżnić najwybitniejszych graczy przeciwko, którym przyszło panu zagrać, to kto by to był?

– Za moich czasów to w Polsce była taka trójka muszkieterów – Kijewski, Zelig i Młynarski. I można rzec, że wszyscy z jednego pokolenia. Wiedli prym w rozgrywkach. Jeśli chodzi o graczy z Europy czy świata, to jest ich cała grupa i oni na parkiecie udowodnili swoją wartość. Drazen Petrovic, Arvydas Sabonis, Delibasic i Delipagic z Jugosławii, Dino Meneghin z Włoch. Grałem przeciwko wszystkim najlepszym drużynom w Europie, grałem przeciwko uniwersytetom z USA – chociażby przeciwko Kevinowi Willisowi. To była cała plejada wybitnych zawodników i ciężko wyróżnić tych dwóch czy trzech.

Po zakończeniu kariery sportowej pojawiły się pewne zawirowania…

– Pojawiły się i jeszcze do dzisiaj pokutują te zawirowania… Na początku zaangażowałem się jeszcze w próby ratowania poznańskiej koszykówki. Tak naprawdę to chciałem zakończyć granie zaraz po śmierci Marka Sobczyńskiego, ale koledzy mnie namówili i grałem dalej. Powstał twór co się nazywał Black Jack i tam zaangażowałem się zarówno zawodniczo jak i organizacyjnie. Po play-offach, w których odpadliśmy z Astorią zostałem wraz z Keithem Williamsem oskarżony o działania korupcyjne. Nic takiego nie miało miejsca. Mogę to otwarciem zdementować, bo wiem co się stało, ale pozostał duży niesmak. Pojawiła się zupełnie przypadkowa propozycja z Zastalu pozwoliła wyjechać z Poznania i jeszcze trochę pobiegać po parkiecie. Tam zagrałem swój ostatni sezon na poziomie ekstraklasy. Zresztą do dzisiaj wspominam go z wielkim sentymentem, bo nie było pieniędzy, ale było wszystko to co w sporcie jest najważniejsze – radość z gry. Później znów trafiłem do Poznania do Alpen Gold i dograłem tam kilka spotkań. Starałem się jeszcze ratować KKS Poznań, ale to wszystko się rozwaliło. Straciłem na to swoje środki finansowe i czas. Rodzina cierpiała, a w tym samym czasie koledzy na Śląsku zaczęli prowadzić swoje interesy i znalazło się w tym biznesie również miejsce dla mnie…

Nastąpiła zmiana branży…

– W 2002 roku założyłem firmę i wyjechałem na Śląsk i wraz z kolegami Tomaszem T., Piotrem S. i Andrzejem Ż. zacząłem handlować paliwami. Smród ciągnie się do dzisiaj, bo nadal trwają sprawy. Trwa to już 18 lat.

A nie jest trochę tak, że po tak bogatej karierze sportowej człowiek nie bardzo wie co ma ze sobą zrobić w tym „nowym życiu” i łatwo ulega pokusom? W tym wypadku nowej formie zarobkowania na paliwach?

– Coś w tym na pewno jest. Przez kilka lat próbowałem jeszcze żyć przy tej koszykówce jako działacz czy jako mentor. Wyjechałem przecież drugi raz do Francji w 1993 roku. I to wyjechałem z nastawieniem, że tam zakończę karierę i będę tam sobie spokojnie mieszkał i żył. Jednak w 1995 roku zadzwonili z Poznania i zaproponowali takie warunki, że wróciłem do 10,5. Miałem jeden z najwyższych kontraktów w lidze więc po co miałem zostać we Francji skoro mogłem wrócić do domu i zarabiać to samo. Inaczej się na to patrzy po prawie 20 latach. W 2001 roku zagrałem swój ostatni mecz, a w 2002 zacząłem się interesować biznesem, który rozkręcali koledzy. Człowiek zostaje sam i zaczyna szukać, kombinować i błądzić po omacku. Wszedłem w tematy paliwowe i mocno się na tym sparzyłem. Nie wyszło mi i koniec kropka. Nie ma co już wracać do tego tematu. Dostałem mocno po dupie od życia za swoją naiwność.

Nie ma pan poczucia, że brakuje pomysłu żeby zagospodarować w koszykówce tych byłych, wybitnych zawodników? Wydawałoby się naturalnym żebyście przekazywali swoją wiedzę i umiejętności kolejnym pokoleniom.

– Oczywiście, ale trzeba wziąć pod uwagę, że nie każdy z nas się do tego nadaje. Nie wszyscy skończyli AWF. Ci którym się udało są przygotowani żeby być trenerami czy nauczycielami i całkiem sporo osób zostało w tym baskecie chociażby na przykładzie Łodzi gdzie duża grupa dziewczyn, które grały w Pabianicach czy w ŁKS-ie uczy dzisiaj WF-u. Ale jest też spore grono byłych zawodników, którzy nie poszli w tym kierunku, bo nikt im tego nie zaproponował. Wszyscy ci wybitni reprezentanci kraju powinni być mentorami w związku dla kolejnych pokoleń. Oni nie muszą trenować, ale przekazywać swoją wiedzę i ukierunkowywać kolejne pokolenia zawodników i zawodniczek. Trener to jedno, a mentor to drugie. Tutaj jednak wszystko kręci się wokół pieniędzy. Ja mogę być mentorem dla własnej satysfakcji tutaj na miejscu w Poznaniu, ale jeśli mam opiekować się chłopakami chociażby z Przemyśla, to muszę mieć na to środki. To się sprawdza w NBA, sprawdza się we Francji, Włoszech, Hiszpanii, a czemu nie u nas? U nas w ogóle mało co się sprawdza. Kiedy wróciłem z Francji i kupiłem w Peweksie wodę źródlaną, którą wszyscy dzisiaj piją, to wtedy mówili, że nie będą pić kranówy. Woleli tą z bąbelkami. Do wszystkiego trzeba dojrzeć, ale do tego trzeba realnych działań, a nie gadania.

Da się w ogóle porównać tamtą ligę do tej dzisiejszej. Czy koszykówka na tyle się zmieniła, że nie ma to już zupełnie sensu?

– Kosz wisi na tej samej wysokości, boisko ma ten sam wymiar, trumna zmieniła trochę kształt i doszła linia 6,25. Cała reszta to już kombinowanie z przepisami przez sędziów. Bodajże 10 lat zmieniali przepisy. Raz są kroki, innym razem nie ma. Teraz jak oglądam NBA i widzę w akcji Doncica i tą jego cwaniacką koszykówkę polegająca na drobnych przemieszczeniach się – jedna noga oparta o parkiet, a drugą kombinujemy. To wszystko już było za naszych czasów. Te rzeczy się robiło. Teraz po prostu odbywa się to na dużo większej dynamice i szybkości. Mam wrażenie, że kiedyś koszykówka była bardziej techniczna, bardziej taneczna, że tak to ujmę.

Chyba największą różnicą jaka występuje, to są obecnie aspekty finansowe. Co prawda na tamte czasy zarabialiście dobre pieniądze jako sportowcy, ale zupełnie nie ma to przełożenia na obecną rzeczywistość.

– Dzisiaj dostaję kasę i mogę sobie kupić mieszkanie czy dom. Mogę sobie kupić samochód, bo to były dwie podstawowe rzeczy. Każdy chciał mieć dom i dobry samochód. Wtedy kluby które miały możliwości załatwiały talony na samochody. Kiedy byłem w Śląsku to podlegaliśmy pod Ministerstwo Obrony Narodowej i dostawaliśmy asygnaty na samochody.  Fiat którego kupił mi Śląsk kosztował na tamte czasy 570 tysięcy, ale jak kolejnego dnia pojechałbym tym Fiatem na giełdę to dostałbym za niego 1,5 miliona. Przydział na mieszkanie dostałem od prezydenta miasta Poznania. Inni ludzie musieli czekać na przydział ze spółdzielni po wpłaceniu odpowiedniej kwoty. To było zupełnie inne myślenie o tych samych codziennych sprawach.

Tęskni pan w ogóle za koszykówką?

– Sam sobie wielokrotnie zadawałem to pytanie… Czy tęsknię? Na dłuższy okres czasu zupełnie wyłączyłem się z koszykówki. Jednak siłą rzeczy przeglądając codzienne informacje, to się wraca na te koszykarskie strony. Zacząłem ostatnio znów oglądać NBA i inne mecze. Lubię to, ale nie odczuwam już żadnych emocji. W tym roku nie byłem na żadnym meczu w Poznaniu.

Na sam koniec puśćmy wodzę fantazji. Z lat swojej świetności przenosicie się w czasie i lądujecie w obecnych realiach. Jesteście w stanie zlać każdą ekipę w Polsce?

– Z tym talentem i charakterem, który mieliśmy gdyby nas przenieść do dzisiejszych realiów i metod treningowych, to chłopaki nie mieliby nic do powiedzenia.

Kategorie

@2019 - ZATRZY.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone.